Najważniejsze momenty w Pana karierze?

Mam ich kilkanaście. Gdyby nie one nie byłby tym kim jestem obecnie. Układają się one w logiczny ciąg zdarzeń reżyserowanych niewidzialną ręką opatrzności. Pierwszy z tych szczęśliwych momentów to przypadkowe spotkanie na ulicy w 1942 r. w okupowanej wili z pewnym starszym skrzypkiem, który stał się moim nauczycielem. Dzięki niemu lata okupacji to zmagania z tym arcytrudnym do opanowania instrumentem. Kolejne niezwykłe spotkanie w 1944 r. To spotkanie z nieznanym mi zakonnikiem, bonifratrem, które zaowocowało nauką gry na fortepianie, a zaraz po tym na organach. I jako niespełna 17-letni młokos stałem się organistą w historycznym uniwersyteckim kościele św Jana w którym przed 100 laty organistował Stanisław Moniuszko. Tu w listopadzie 1947 r skomponowałem pierwszy swój utwór – Preludium F-dur na temat kolędy Lulajże jezuniu. Był to upominek dla mojego profesora Jana Żebrowskiego. 

Kolejny szczęśliwy przypadek miał miejsce w roku 1950  podczas egzaminów do szkoły muzycznej. Tu zamiast fortepianu zaproponowano mi naukę kompozycji. Trafiłem tym sposób w najbliższą mi dziedzinę czyli naukę kompozycji, z czego jeszcze nie zdawałem sobie sprawy wtedy. Rok 1957, już w Warszawie przyniósł mi spotkanie nieoczekiwane z profesorem Bolesławem Wojtowiczem, który akurat wtedy obejmował w warszawie klasę kompozycji. 3 lata spędzone w jego klasie to pasmo rewolucyjnych zmian w myśleniu o komponowaniu. Efektem tego były antyfony na orkiestrę, które w 1965 przyniosły mi pierwszą nagrodę na konkursie młodych kompozytorów Związku Kompozytorów Polskich i możliwości wyjazdu do Paryża na dalsze studia do Nadii Boulanger. Innym szczęśliwym zdarzeniem o kapitalnym znaczeniu było zdobycie przeze mnie w roku 1965 grand prix  Monako za balet Posągi Czarnoksiężnika, ta nagroda powtórzona w 1973 roku za operę Lord Jim umożliwiła mi odbycie wymarzonych podróży do Włoch, Grecji, Egiptu i wielu innych krajów. 

Premiera w roku 1963 mojej pierwszej Opery to również efekt przypadkowego spotkania z Włodzimierzem Urmickim, ówczesnym szefem Opery Śląskiej w Bytomiu, spotkanie to miało miejsce w roku 62 w tramwaju jadącym z Katowic do Bytomia. 

Bogate sceniczne dzieje Tragedyi albo Rzeczy Janie Herodzie kolejnej mojej opery, a raczej moralitetu muzycznego do renesansowego dramatu Pawła z Gawatowic… to też wynik przypadku. Który natknął Zygmunta Latasowskiego na partyturę tego dzieła leżącej na biurku Bohdana Wodiczki, dyrektora opery warszawskiej, będącego już wtedy na odchodnym. Premiera Tragedyi w 1969 w nowo otwartym budynku Teatru Wielkiego w Łodzi zapoczątkowała pasmo sukcesów krajowych i zagranicznych tego dzieła. Do dziś pamiętam podróże z ekipą teatru do Niemiec Zachodnich do NRD, Jugosławii, Finlandii itd. Z biegiem lat owe szczęśliwe momenty stawały się coraz rzadsze. O wszystko trzeba było walczyć własnymi siłami , stosując różne zabiegi dyplomatyczne. Bez tego nie można byłoby marzyć o czymkolwiek. Wniosek taki, że należy polegać przede wszystkim na własnych siłach. 

Jak wygląda Pana proces twórczy?

W latach młodości impuls twórczy, pomysł pojawiał się nagle, nieoczekiwanie. Atmosfera wewnętrznego uniesienie zmuszała do szybkiej pracy, do rozładowania wewnętrznego napięcia. W takiej atmosferze powstała między innymi Mała Liturgia Prawosławna, Antyfony i wiele innych utworów chóralnych m.in. Carmina de mortuis. Z biegiem lat z pojawianiem się różnych bodźców zewnętrznych jak zamówienia i tym podobne. Komponowanie stało się bardziej racjonalne. Przedmiotem namysłu stała się przede wszystkim forma, a dopiero potem treść i szczegóły narracji muzycznej. Tak powstał np. II Koncert fortepianowy, oba tria fortepianowe i wiele innych utworów. 

Jakie znaczenie ma słowo w mojej twórczości? 

Ma ono znacznie inspirujące w muzyce wokalnej i wokalno-instrumentalnej. Prowadzi niejako za rękę kompozytora, który swoją muzyką pragnie wzbogacić, pogłębić znaczenie śpiewanego tekstu. W mojej twórczości operowej czy pieśniarskiej przyświecała mi zasada Prima la parole e poi musica. Także w przypadku muzyki gdzie występuje połączenie słowa z muzyką słowo narzuca styl i rodzaj narracji. 

Jakie uczucia towarzyszą Panu w momencie ukończenia dzieła?

Są podobne do uczuć sportowca dobiegającego do mety. Z jednej strony satysfakcja z dokonania, a z drugiej – uczucie pewnego żalu, że przygoda, którą było tworzenie, już się skończyła. Dotyczy to zwłaszcza większych form, np. opery, kiedy to zakończenie pracy nad nią wywołuje u twórcy uczucie pustki, którą może wypełnić jedynie praca nad nowym, kolejnym dziełem. Notabene tajemna więź łącząca twórcę z jego dziełem urywa się w momencie, gdy zostaje ono wykonane lub upublicznione w inny sposób. Przypomina to sytuację ojca, którego dziecko, już dorosłe, opuszcza dom i rozpoczyna samodzielne życie.

 

Jeśli miałby pan możność zdefiniowania szczęścia czym ono by było? 

Wielu mędrców głowiło się nad zdefiniowaniem tego pojęcia. Osiągnięcie pełnego szczęścia jest chyba niemożliwe. Można mówić jedynie o jakichś chwilach przynoszących radość ze spełnienia oczekiwań. Poczucie szczęścia nigdy nie może być pełne – mąci je świadomość, że przecież ono się kiedyś skończy. W moim wypadku do osiągnięcia szczęścia wystarczyłyby spokój, niezbędny do twórczości, i przekonanie, że znajdzie ona uznanie u słuchacza. A tak naprawdę to szczęście możemy znaleźć tylko w drugim człowieku…

 

 

1. Warszawa

Gdzie studiował Romuald Twardowski? Dlaczego muzyka chóralna jest dla niego tak ważna?

2. Częstochowa

Jakim nauczycielem był Romuald Twardowski? 

3. Białystok

Romuald Twardowski – juror.